Kolejny post inspirowany wykładem. Tego samego wykładowcy.
Zgodnie z teorią, że ludzie coraz bardziej przyspieszają, informacje napływają w coraz większej ilości i w rezultacie mniej znaczą (poprzedni post), naturalną koleją rzeczy jest, że również wcześniej dochodzi do wypalenia.
Z jednej strony wydaje mi się, że przynajmniej w Polsce młodzież nie musi wcale aż tak szybko dorastać, wręcz nie chce - młodzi panikują przed podjęciem jakichkolwiek większych decyzji, bo wiążą się one z odpowiedzialnością, której teraz już nikt nie chce przyjąć, ale z drugiej strony istnieje ogromna presja sukcesu, który musi nastąpić TERAZ. W sumie najłatwiej będzie na przykładzie i może nie szukajmy tu sobie abstrakcji. Obracam się w środowisku ludzi, którzy planują karierę dziennikarską i w tym środowisku panuje przeświadczenie, że trzeba zacząć od razu pisać, udzielać się, wybijać. Jestem jedną z nielicznych, która uważa, że warto jednak najpierw czegoś się nauczyć, znaleźć coś, o czym można pisać wiarygodnie. Co nie zmienia faktu, że na mnie też ta presja działa i czuję, że już nie mam siły, że nie zdążę z tym wszystkim i zawsze jestem do tyłu. A ja nie jestem zbyt pracowitym człowiekiem, nie wyobrażam sobie, co teraz muszą czuć moi koledzy, którzy faktycznie biorą udział w tym wyścigu.
Nasuwa się pytanie: kto jest mądrzejszy? Ja, która ostrożnie i powoli zabieram się do budowania swojej przyszłości, czy oni, którzy dali się wciągnąć w ten strasznie szybki nurt?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antropologia Współczesności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antropologia Współczesności. Pokaż wszystkie posty
środa, 31 lipca 2013
czwartek, 25 lipca 2013
Informacja = Wolność = Demokracja
Tytułowe równanie brzmi sensownie, prawda? Prawda. Jeśli społeczeństwu dostarcza się wszelkie wiadomości ze świata polityki, to takie społeczeństwo staje się wolne od wpływów i indoktrynacji, dzięki czemu może samo świadomie podejmować decyzje, wybierać polityków, kształtować politykę.
Ale w świecie "szybciej, więcej, jeszcze szybciej", w którym informacje jutra przekazywane są dzisiaj, w którym głównym centrum informacji jest internet pełen wszystkiego, czyli w rezultacie - niczego; w świecie, w którym mieszkaniec Torunia czyta o śmierci dziecka z Gliwic albo nagiej przejażdżce mężczyzny z Mazur (info wyczytane na portalu Interia) - informacje cokolwiek straszne/zabawne, ale jednak niezbyt potrzebne (budzi się we mnie wniosek, że ludzie przestali mieć jakiekolwiek wyczucie tego, co jest informacją medialną, a co prywatną sprawą rodziny; zastanawiam się też, jaki jest sposób selekcji takich nieważnych informacji, kto się tym zajmuje i ile mu płacą?); w świecie, w którym prasa papierowa jest nieprzyzwoicie wręcz upolityczniona i nie podaje wcale wiadomości, a zawsze komentarze albo informacje tak wyselekcjonowane, żeby dopełniały obraz świata tworzony przez dany tytuł; więc czy w tym świecie informacja faktycznie równa się wolność? Zastanawiam się też kto narzucił mediom tę potrzebę informowania o totalnie wszystkim, jakkolwiek durne albo po prostu zbędne by to nie było.
Poza tym: czy istnieje prawdopodobieństwo, że jednak to równanie jest błędne. Że cały ogrom społeczeństwa nie będzie chciał przyjmować informacji (oczywiście mam tu na myśli pełnowartościowe informacje, nie tę sieczkę dziś podawaną), że będą one dla niego za mało atrakcyjne, trzeba mu je będzie posłodzić i udekorować jakimś żartem, a później z kolei może jednak samą informację uczynić żartem, rozrywką, tak żeby cały ogrom społeczeństwa ją strawił?
Czy możliwe jest, że społeczeństwo jako całość, wcale nie pragnie wolności? Albo jeszcze inaczej: pragnie jej, dobrze też wie, kiedy ktoś chce je perfidnie oszukać (Acta się kłania), ale polityka rzadko jest perfidna i rzucająca się w oczy, zazwyczaj trzeba jednak pochylić się nad czymś, trochę pomyśleć. A skoro wiadomości jest ocean, to nad czym tu się pochylać? Nad kolorowymi rybkami - infotainment*? Czy nad zwykłą kroplą wody, która faktycznie jest ważna?
To równanie jest prawdziwe. tylko w idealnym świecie. W naszym - szybkim, zalanym informacją, która nie niesie ze sobą żadnej treści, traci swój sens.
* Infotainment = information + entertainment
Ale w świecie "szybciej, więcej, jeszcze szybciej", w którym informacje jutra przekazywane są dzisiaj, w którym głównym centrum informacji jest internet pełen wszystkiego, czyli w rezultacie - niczego; w świecie, w którym mieszkaniec Torunia czyta o śmierci dziecka z Gliwic albo nagiej przejażdżce mężczyzny z Mazur (info wyczytane na portalu Interia) - informacje cokolwiek straszne/zabawne, ale jednak niezbyt potrzebne (budzi się we mnie wniosek, że ludzie przestali mieć jakiekolwiek wyczucie tego, co jest informacją medialną, a co prywatną sprawą rodziny; zastanawiam się też, jaki jest sposób selekcji takich nieważnych informacji, kto się tym zajmuje i ile mu płacą?); w świecie, w którym prasa papierowa jest nieprzyzwoicie wręcz upolityczniona i nie podaje wcale wiadomości, a zawsze komentarze albo informacje tak wyselekcjonowane, żeby dopełniały obraz świata tworzony przez dany tytuł; więc czy w tym świecie informacja faktycznie równa się wolność? Zastanawiam się też kto narzucił mediom tę potrzebę informowania o totalnie wszystkim, jakkolwiek durne albo po prostu zbędne by to nie było.
Poza tym: czy istnieje prawdopodobieństwo, że jednak to równanie jest błędne. Że cały ogrom społeczeństwa nie będzie chciał przyjmować informacji (oczywiście mam tu na myśli pełnowartościowe informacje, nie tę sieczkę dziś podawaną), że będą one dla niego za mało atrakcyjne, trzeba mu je będzie posłodzić i udekorować jakimś żartem, a później z kolei może jednak samą informację uczynić żartem, rozrywką, tak żeby cały ogrom społeczeństwa ją strawił?
Czy możliwe jest, że społeczeństwo jako całość, wcale nie pragnie wolności? Albo jeszcze inaczej: pragnie jej, dobrze też wie, kiedy ktoś chce je perfidnie oszukać (Acta się kłania), ale polityka rzadko jest perfidna i rzucająca się w oczy, zazwyczaj trzeba jednak pochylić się nad czymś, trochę pomyśleć. A skoro wiadomości jest ocean, to nad czym tu się pochylać? Nad kolorowymi rybkami - infotainment*? Czy nad zwykłą kroplą wody, która faktycznie jest ważna?
To równanie jest prawdziwe. tylko w idealnym świecie. W naszym - szybkim, zalanym informacją, która nie niesie ze sobą żadnej treści, traci swój sens.
* Infotainment = information + entertainment
wtorek, 23 lipca 2013
Niedawno miałam okazję spędzić kilka dni u słowackiej rodziny. Po słowacku oczywiście nie mówię, ale co to za problem skoro polski i słowacki to prawie to samo. Jak dla kogo. Moja siostra, która miała bardziej długotrwały kontakt z tym językiem wcześniej, uprzedziła mnie, że to jednak tylko tak się wydaje. Z kolei mój tata jej nie uwierzył i jakby na złość rozmawiał z naszymi sąsiadami zza gór bez żadnego problemu. Ale to wszystko było wcześniej, więc kiedy już przyjechaliśmy do naszych słowackich gospodarzy na kilka dni, byłam uzbrojona w wiedzę teoretyczną bardziej, że ja słowackiego nic a nic, a mój tata może gadać godzinami. Więc przez te 72 godziny na obcej ziemi mogłam weryfikować swoją wiedzę. Wnioski spłynęły na mnie dopiero później.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.
wtorek, 4 czerwca 2013
O nakrętkach
Albo inny przykład. Na jednym z wydziałów UMK (budynek ma 3 dość niskie piętra) jest winda. Kiedyś w ogóle z niej nie korzystałam, bo po co, skoro mam nogi, ale ostatnio zaczęłam ją wykorzystywać, gdy się bardzo śpieszę. Co jest kompletnie bez sensu, bo ona jedzie dłużej niż człowiek idący po schodach. I znów się niecierpliwię - że muszę na nią zbyt długo czekać, że drzwi za wolno się otwierają i zamykają, że zbyt wolno jedzie. Wystarczyłoby pójść schodami i wszystko to mnie omija. Ale zakodowało się już chyba w kulturze, że winda jest uskutecznieniem, przyspieszeniem transportu. I niezależnie od tego, czy w tym przypadku faktycznie jest - ja mam takie poczucie i tylko irytuję się, gdy wszystko trwa zbyt długo.
A w końcu pomyślałam: odkręcenie tej buteleczki zajmuje mi pewnie ze 2 sekundy. 2 sekundy. I to jest dla mnie za dużo. Czy naprawdę aż tak mi się gdzieś spieszy, że 2 sekundy to kwestia być albo nie być?
Winda może i jedzie dłużej, ale czasami jest wygodniejsza. Może lepiej w ten sposób ją postrzegać? Nie muszę wchodzić na 3 piętro, kiedy naprawdę nie mam na to siły albo zwyczajnie mi się nie chce. Po co patrzyć na to, jak na oszczędność czasu i się okłamywać, skoro można stanąć w prawdzie i przyznać, że to po prostu wygodniejsza opcja dotarcia do celu?
Ale tak nie można. Bo chwila nas tyranizuje, że tak sparafrazuję Eriksena*. Każdy ułamek sekundy (już nawet nie sekunda, ale jej ułamek) jest ważny i musi być maksymalnie wykorzystany. Czasem wprawdzie świat nas oszukuje i stawia przed nami rekwizyty współczesnego, szybkiego świata (jak winda), które niekoniecznie spełniają swoje zadanie, ale przynajmniej dają nam poczucie, że jesteśmy we właściwym miejscu i robimy wszystko dobrze: niecierpliwimy się na zbyt wolną windę, ale to przecież tylko część całości - bo ona i tak kojarzy się z szybkością.
Co innego nieporęczne nakrętki. Należałoby zgłosić komuś ważnemu w Ziaji, że konieczne są udoskonalenia.
* Thomas Holland Eriksen "Tyrania Chwili"
sobota, 25 maja 2013
Gatsby.
Pierwszy raz od stu lat byłam w kinie. Oglądałam "Wielkiego Gatsbiego" - czekałam nawet na ten film dość długo. Recenzje czytałam różne, ale szłam z nastawieniem, że powinno być super, więc wszystko wskazywało na to, że nie będzie. A jednak nie. Film mi się podobał, kicz też. Ale nie o tym.
Generalnie zawsze darzyłam sentymentem lata 20. i gdybym mogła się cofać w czasie, tak jak Gil Pender w "O północy w Paryżu", to bym chciała. I nie wiem, czy to siła mojego zauroczenia, czy filmu, ale "Wielki Gatsby" pozwolił mi przychylniejszym okiem spojrzeć na muzykę popularną gorszego sortu i jej odbiorców. Bo ścieżką dźwiękową do filmu zajmował się Jay-Z z żoną. I chociaż do Jaya nic nie mam, to do jego wyborów muzycznych, jeśli chodzi o ekranizację, byłam sceptycznie nastawiona. I faktycznie, możemy usłyszeć Fergie, Lanę del Rey, Sie. Ale oglądając ten film, nie mogłam się oprzeć wnioskowi, że gdyby ci ludzie żyli dzisiaj, pewnie właśnie tego by słuchali. Muzyka idealnie komponowała się z obrazem, chociaż była współczesna do granic możliwości. Na początku nie wiedziałam, czy odrobinę mniej lubię przez to lata 20., czy trochę bardziej polubiłam pierwsze 20 lat naszego wieku. Teraz myślę, że chyba to drugie.
I jeszcze dwie piosenki, które przykuły moją uwagę.
Lany Del Rey nie znoszę. Za to, co sobą reprezentuje, czyli pokolenie młodych, zainteresowanych tylko swoim wyglądem i pozorami inteligencji albo głębi. Ale ta piosenka mi się podoba. A tekst jest moim zdaniem znaczący. "I've seen the world, done it all" to trochę nieskromne stwierdzenie jak na 27latkę. Ale nawet nie w tym rzecz. Chodzi o refren: "Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?". Bo co jest warte miłości, poza młodością?
A ten kawałek po prostu mnie zniszczył. Kwintesencja współczesności. Esencja.
A na marginesie, Carrey Mulligan nie powinna grać Daisy. Za miłą ma twarz.
sobota, 20 kwietnia 2013
Relatywizm – pogląd filozoficzny, wedle którego prawdziwość wypowiedzi można oceniać wyłącznie w kontekście systemu, w którym są one wypowiadane. Tym samym relatywizm stwierdza, że nie istnieją zdania niosące absolutną treść, których ocena byłaby identyczna i niezależna od jej kontekstu. Prawdziwość dowolnego sądu zależy od przyjętych założeń, poglądów czy podstaw kulturowych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
środa, 20 marca 2013
Lost in the World
O tym, że świat przyspiesza nikomu
nie trzeba mówić, bo to już banał. Ale! Zastanawiałam się
ostatnio, co w kulturze (z premedytacją podkreślam to słowo)
jest największym tego wyrazem, co jest dzieckiem przyspieszenia. I
doszłam do wniosku, że teledysk. Nic mi się tak nie kojarzy z
pędem, jak video clip. Wydawało mi się zresztą, że jest to
wynalazek młody, co by jeszcze dobitniej świadczyło o jego
charakterze. Ale jednak nie. Z ciekawości poszperałam w internecie
i znalazłam pierwszy (prawdopodobnie) teledysk w historii,
obejrzałam go sobie i wtedy naszła mnie refleksja taka oto:
Jak pięknie na przykładzie teledysków
widać ewolucję kulturalną, przejście od naturalnego rejestrowania
rzeczywistości do jej karykaturalnego wręcz zniekształcenia i
przyspieszenia.
W bardzo (wydaje się) mądrej książce
znalazłam definicję teledysku następującą: Music video is a
perfectly formed, contemporary moving image form: Quintessentially
based on reinvention, reimagining, never standing still, always
looking different; being in flux; moving*. Wydaje
mi się, że taka definicja jest ukoronowaniem, zwieńczeniem tego
procesu, o którym mówię. Gdyby spróbować do niej odnieść
teledysk Bessie, coś by nie zagrało. Dlaczego? Myślę, że głównie
dlatego, że był to teledysk pierwszy – powstał w 1929 roku!
Samo kino dopiero się wykluwało (chociaż bardzo szybko), więc
teledyski po prostu przypominały film, tylko krótszy. Nie miały w
sobie nic z dzisiejszej konwencji, żadnej charakterystycznej cechy
współczesnego teledysku: nie opierały się na reinwencji i nie
były zbyt „ruchliwe”. Pierwsze moje skojarzenie tyczące się
teledysku Bessie to scena z musicalu. Tak to właśnie wygląda. Nie
jak odrębna całość.
Podział,
który mi się nakreślił przy moich przemyśleniach odnalazłam w
innej (już na pewno mądrej) książce: Some writers about
music video have claimed that videos work primarily as narratives,
that they function like parts of movies or television shows. Other
have wanted to say that music video is fundamentally antinarrative, a
kind of postmodern pastiche that actually gains energy from defaying
narrative conventions**.
O
pierwszej wspomnianej kategorii już tu napisałam, jeśli zaś
chodzi o drugą – co w zasadzie ma być sednem mojej wypowiedzi, bo
nie o to tu chodzi, żebym rozwodziła się nad historią teledysku –
to pierwszy i jestem przekonana, doskonały przykład, który
przyszedł mi do głowy, to teledysk Kanye Westa do „Lost in the
World”. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu należy do form
antynarracyjnych, wystarczy sobie go włączyć. A doskonały jako
przykład jest dlatego, że w bardzo przejrzysty sposób pokazuje
sytuację współczesnego człowieka.
Piosenka
w oryginale wykonywana jest przez Bon Iver i nosi tytuł „Woods”.
Jej tekst ogranicza się do słów:
I'm
up in the woods, I'm down on my mind
I'm
building a sill to slow down the time,
które
wyśpiewywane są faktycznie w bardzo powolnym, wyciszającym rytmie.
Manifestacja człowieka, który tak bardzo zgubił się w super
szybkim, super aktualnym, nie znoszącym opóźnień świecie, że
musiał szukać od tego świata ucieczki, „budować próg”, przez
który czas wolniej będzie się przetaczał. Albo to moja
nadinterpretacja.
Kanye
West wziął ten kawałek i zmienił go o 180°
albo w każdym razie tak mogłoby się wydawać. Tekst oryginalny
został zachowany (zresztą Bon Iver został zaproszony do
współpracy), ale wzbogacono go o liczne wersy no i – co
najważniejsze dla mnie – nagrano teledysk.
Teledysk,
w którym wszystko wciąż się rusza, nie pozostaje nawet na chwilę
stałe, teledysk bez żadnej fabuły, bez konkretnej przestrzeni,
opowieści; z wykorzystaniem efektów stroboskopowych, z drżącą
kamerą, która krążąc, wzbudza niepokój. Niepokój – to
największe uczucie towarzyszące mi, kiedy go oglądam. Konwulsyjne
ruchy tancerek, ich spięte twarze, migające obrazy, na których nie
mogę się nawet chwilę skupić wzbudzają we mnie właśnie
niepokój. Taki sam, jaki odczuwam, kiedy rzeczywistość, która
nigdy nie zwalnia, przytłacza mnie i nie pozwala złapać oddechu.
Dlatego napisałam wcześniej, że tylko „mogłoby się wydawać”,
że Kanye zmienił charakter piosenki. Tak naprawdę, przynajmniej
moim zdaniem, pokazał krok wcześniej. Zanim Bon Iver uciekł do
lasów- odwiecznie kojarzących się z pustką, ciszą i
przestrzenią, musiał uciec przed tą rzeczywistością, tym
uczuciem, które obrazuje Kanye, a które staje się chyba coraz
bardziej znajome współczesnemu człowiekowi. Pewne zagubienie w
przestrzeni, które staramy się łagodzić zapychaniem umysłu papką
zupełnie niepotrzebnych nam obrazów i informacji, tak, żebyśmy
nawet nie mieli czasu pomyśleć o tym, co się z nami dzieje. Ale
niestety, wewnętrzny niepokój wciąż gdzieś głęboko w nas tkwi,
pytanie tylko, jak wybudować ten próg, który nas od niego uwolni?
*Matt Hanson, Reinventing music video. Next-generation directors, their inspiration and work, RotoVision 2006
**Carol Vernallis, Experiencing music video. Aesthetics and cultural context, Columbia University Press 2004
piątek, 15 lutego 2013
Antropolog - zawodowy przyjaciel
Dawno, dawno temu, kiedy świat skrywał jeszcze jakieś nieznane lądy, antropologia była nauką poznającą egzotyczne ludy. A poznawała je z perspektywy europocentrycznej - My, biali naukowcy z cywilizowanych krajów przyszliśmy badać Was- tubylców, których kultura na pewno jest gorsza od naszej, a teraz sprawdźmy, dlaczego. Najlepiej sprawdźmy na odległość.
Później pojawił się Malinowski i powiedział, że poznać kulturę można tylko wtedy, kiedy się w niej uczestniczy, niemal stapia z nią na czas badań.
Współcześnie antropolodzy prawie chorobliwie starają się dojść do całkowitego obiektywizmu, oczywiście traktują już (i słusznie) wszystkie kultury tak samo, zbliżają się do badanych, a nawet - dla dobra badań, stają się ich przyjaciółmi. Bo przecież przyjacielowi powie się więcej, niż obcemu człowiekowi, szybciej wprowadzi się go do zamkniętej społeczności.
Problem polega na tym, z czego zresztą również antropolodzy zdają sobie sprawę, że przyjaźń między badaczem a badanym może nie być do końca etyczna. Jak można poznać kogoś, otworzyć się na niego i pozwolić jemu także się otworzyć i zbliżyć, a później, kiedy ma już się zebrany materiał powiedzmy na książkę, wyjechać i nigdy nie wrócić? Czy tak wygląda przyjaźń?
Problem stosunku antropolog-badany pokazany jest w ciekawy sposób w norweskim filmie "Historie kuchenne". Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wysokie krzesło badacza, na którym ma siedzieć, kiedy obserwuje badanego. Zaczynamy więc od dystansu: wysoko-nisko, bohaterowie nie mają okazji się do siebie zbliżyć, bo dzieli ich widoczna odległość. Z czasem dystans się zmniejsza, a bohaterowie stają się sobie coraz bliżsi, w końcu się zaprzyjaźniają. I wtedy następuje moment nieunikniony - badanie dobiega końca, antropolog musi wyjechać. W filmie rozwiązanie pokazano tylko jedno - można mieć jedno albo drugie: pracę albo przyjaźń. Folke wybiera przyjaźń, rezygnuje ze swojej pracy i zostaje z nowym przyjacielem.
Inny problem polega na tym, że jak twierdzi Katarzyna Kaniowska*, dialog nie wzmaga autentyczności badań - wręcz przeciwnie, a to dlatego, że jest on ciągłą ugodą pomiędzy rozmówcami, ukrywa jakieś prawdy. Nie zawsze coś zostanie wypowiedziane, czy to ze wstydu, czy to z poczucia naruszania świętości przedmiotu rozmowy - łatwiej jest po prostu to coś pokazać. Kaniowska zauważa też, że dialog sam w sobie jest już interpretacją (słów badanego), więc zmniejsza obiektywizm.
Sięganie poziomu badanych jest moim zdaniem jak najbardziej krokiem w dobrym kierunku. Empiryczne poznawanie ich kultury również. Ale czy w dążeniu do pozbycia się własnej perspektywy kulturowej, do jak największego wtopienia się w obcą kulturę antropologia nie zapędza się za daleko? Czy przez za duże spoufalenie się z inną kulturą nie wróci do punktu wyjścia - będzie tak samo nieobiektywna jak wcześniej, tylko z innego powodu. Złoty środek to chyba jednak zawsze najlepsza zasada.
Później pojawił się Malinowski i powiedział, że poznać kulturę można tylko wtedy, kiedy się w niej uczestniczy, niemal stapia z nią na czas badań.
Współcześnie antropolodzy prawie chorobliwie starają się dojść do całkowitego obiektywizmu, oczywiście traktują już (i słusznie) wszystkie kultury tak samo, zbliżają się do badanych, a nawet - dla dobra badań, stają się ich przyjaciółmi. Bo przecież przyjacielowi powie się więcej, niż obcemu człowiekowi, szybciej wprowadzi się go do zamkniętej społeczności.
Problem stosunku antropolog-badany pokazany jest w ciekawy sposób w norweskim filmie "Historie kuchenne". Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wysokie krzesło badacza, na którym ma siedzieć, kiedy obserwuje badanego. Zaczynamy więc od dystansu: wysoko-nisko, bohaterowie nie mają okazji się do siebie zbliżyć, bo dzieli ich widoczna odległość. Z czasem dystans się zmniejsza, a bohaterowie stają się sobie coraz bliżsi, w końcu się zaprzyjaźniają. I wtedy następuje moment nieunikniony - badanie dobiega końca, antropolog musi wyjechać. W filmie rozwiązanie pokazano tylko jedno - można mieć jedno albo drugie: pracę albo przyjaźń. Folke wybiera przyjaźń, rezygnuje ze swojej pracy i zostaje z nowym przyjacielem.
Inny problem polega na tym, że jak twierdzi Katarzyna Kaniowska*, dialog nie wzmaga autentyczności badań - wręcz przeciwnie, a to dlatego, że jest on ciągłą ugodą pomiędzy rozmówcami, ukrywa jakieś prawdy. Nie zawsze coś zostanie wypowiedziane, czy to ze wstydu, czy to z poczucia naruszania świętości przedmiotu rozmowy - łatwiej jest po prostu to coś pokazać. Kaniowska zauważa też, że dialog sam w sobie jest już interpretacją (słów badanego), więc zmniejsza obiektywizm.
Sięganie poziomu badanych jest moim zdaniem jak najbardziej krokiem w dobrym kierunku. Empiryczne poznawanie ich kultury również. Ale czy w dążeniu do pozbycia się własnej perspektywy kulturowej, do jak największego wtopienia się w obcą kulturę antropologia nie zapędza się za daleko? Czy przez za duże spoufalenie się z inną kulturą nie wróci do punktu wyjścia - będzie tak samo nieobiektywna jak wcześniej, tylko z innego powodu. Złoty środek to chyba jednak zawsze najlepsza zasada.
Subskrybuj:
Posty (Atom)