Niedawno miałam okazję spędzić kilka dni u słowackiej rodziny. Po słowacku oczywiście nie mówię, ale co to za problem skoro polski i słowacki to prawie to samo. Jak dla kogo. Moja siostra, która miała bardziej długotrwały kontakt z tym językiem wcześniej, uprzedziła mnie, że to jednak tylko tak się wydaje. Z kolei mój tata jej nie uwierzył i jakby na złość rozmawiał z naszymi sąsiadami zza gór bez żadnego problemu. Ale to wszystko było wcześniej, więc kiedy już przyjechaliśmy do naszych słowackich gospodarzy na kilka dni, byłam uzbrojona w wiedzę teoretyczną bardziej, że ja słowackiego nic a nic, a mój tata może gadać godzinami. Więc przez te 72 godziny na obcej ziemi mogłam weryfikować swoją wiedzę. Wnioski spłynęły na mnie dopiero później.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.
wtorek, 23 lipca 2013
środa, 17 lipca 2013
Tylko wielkie przeboje
Radio ZET - "tylko wielkie przeboje" to od 1995 r. (czyli w sumie prawie od zawsze, ale jak ładnie się popisać znajomością dat) slogan tej rozgłośni i słyszałam go już tyle razy, że aż się zdziwiłam, kiedy dzisiaj wieczorem zasiadłam do filmu polecanego właśnie przez tę stację i usłyszałam te trzy słowa w zupełnie nowym kontekście. Tylko wielkie przeboje, znaczy że żadnych innych nie ma. Przecież to wszystko tłumaczy! Wszystkie te Tiny Turner, Whitney Houston, Celin Diony, Eltony Johny itd. itd. Bo co może się równać z "I will always love you"? Jaki hit jest tego kalibru, że absolutnie każde pokolenie go pamięta? To, że młodzież zna go na pamięć tylko dlatego, że Zetka katuje go nieustannie od 18 lat, to przecież tylko drobny szczegół.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do Whitney Houston ani do klasyków z Radia Zet, ale! Idąc dalej tym tokiem myślenia - tylko wielkie przeboje, tylko gwiazdy naprawdę błyszczące pełnym blaskiem na firmamencie sław mają w teorii dostęp do ramówki warszawskiej radiostacji, to ja się pytam, jakim cudem wdzierają się tam takie pyłki jak jakaś Sylwia Grzeszczak (numer drugi na ich liście przebojów, a nigdy nie słyszałam panienki śpiewającej) albo inni, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak mało ważni są. Apeluję do Państwa Ważnych w redakcji! Odrobinę konsekwencji! Jak reklamować się wielkimi przebojami, to niech to będą wielkie przeboje i zapewniam państwa, że jest ich większa garstka niż to, czym zamęczają mnie państwo odkąd pamiętam (no dobra, teraz to już radia słucham rzadko i trochę wzruszająco się robi, jak odkrywam, że nic się nie zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Ale nie w tym rzecz! Tu idzie o większe cele!). A najlepiej to zmieńcie sobie slogan i będzie z bani, syfu będzie mogło lecieć co niemiara i nikt się nie przyczepi.
Ps. Klasyk Whitney, o którym pisałam jest na 68 miejscu światowej listy piosenek wszech czasów magazynu Bilboard, ciekawe gdzie plasuje się jakikolwiek to jest, największy przebój Sylwii Grzeszczak?
Pps. Ostatnio dopada mnie smutna myśl (raz na jakiś czas każdemu się niestety zdarza), że wszystko co mówię/piszę jest bardzo wtórne i nic nie wnosi do świata. Bardzo za to przepraszam.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do Whitney Houston ani do klasyków z Radia Zet, ale! Idąc dalej tym tokiem myślenia - tylko wielkie przeboje, tylko gwiazdy naprawdę błyszczące pełnym blaskiem na firmamencie sław mają w teorii dostęp do ramówki warszawskiej radiostacji, to ja się pytam, jakim cudem wdzierają się tam takie pyłki jak jakaś Sylwia Grzeszczak (numer drugi na ich liście przebojów, a nigdy nie słyszałam panienki śpiewającej) albo inni, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak mało ważni są. Apeluję do Państwa Ważnych w redakcji! Odrobinę konsekwencji! Jak reklamować się wielkimi przebojami, to niech to będą wielkie przeboje i zapewniam państwa, że jest ich większa garstka niż to, czym zamęczają mnie państwo odkąd pamiętam (no dobra, teraz to już radia słucham rzadko i trochę wzruszająco się robi, jak odkrywam, że nic się nie zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Ale nie w tym rzecz! Tu idzie o większe cele!). A najlepiej to zmieńcie sobie slogan i będzie z bani, syfu będzie mogło lecieć co niemiara i nikt się nie przyczepi.
Ps. Klasyk Whitney, o którym pisałam jest na 68 miejscu światowej listy piosenek wszech czasów magazynu Bilboard, ciekawe gdzie plasuje się jakikolwiek to jest, największy przebój Sylwii Grzeszczak?
Pps. Ostatnio dopada mnie smutna myśl (raz na jakiś czas każdemu się niestety zdarza), że wszystko co mówię/piszę jest bardzo wtórne i nic nie wnosi do świata. Bardzo za to przepraszam.
środa, 10 lipca 2013
Ludzie Gołębiami Są
Spotkała mnie niedawno najdziwniejsza rzecz. Z wrodzonego roztrzepania zapomniałam zamknąć okno przed wyjazdem na weekend i po powrocie przywitał mnie gołąb, który wleciał przez to okno. A właściwie nie przywitał, tylko rzucił się na mnie i zafundował podwójny zawał plus spory kłopot z uratowaniem go. Mimo otwarcia wszystkich trzech okien na oścież i sugerowania mu drogi nieporadnym machaniem rękoma tudzież miotłą, gołąb wybierał jak najdurniejsze miejsca ucieczki. Wlatywał na ściany, obijał się o drzwi, chował pod łóżkiem (to akurat moja wina, uciekał tak przed miotłą), próbował wszystkiego, tylko nie właściwej drogi. I jak tak biegałam za nim po pokoju, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są na świecie ludzie-gołębie. Tacy, którzy nigdy nie dostrzegą pomocnej dłoni, tylko atak; którzy nie potrafią znaleźć dobrych rozwiązań, ale zawsze odbijają się od ścian; tacy, którzy uparcie powtarzają te same błędy, licząc chyba na to, że jakimś cudem w końcu się uda. Ciekawe tylko, czy wśród gołębi też panuje taka różnorodność charakterów i może trafiłam po prostu na wyjątkowo głupi okaz.
Ps. Gołębia w końcu zagoniłam do kąta, złapałam w ręce (?) i sama wypuściłam przez okno.
Ps. Gołębia w końcu zagoniłam do kąta, złapałam w ręce (?) i sama wypuściłam przez okno.
wtorek, 4 czerwca 2013
O nakrętkach
Albo inny przykład. Na jednym z wydziałów UMK (budynek ma 3 dość niskie piętra) jest winda. Kiedyś w ogóle z niej nie korzystałam, bo po co, skoro mam nogi, ale ostatnio zaczęłam ją wykorzystywać, gdy się bardzo śpieszę. Co jest kompletnie bez sensu, bo ona jedzie dłużej niż człowiek idący po schodach. I znów się niecierpliwię - że muszę na nią zbyt długo czekać, że drzwi za wolno się otwierają i zamykają, że zbyt wolno jedzie. Wystarczyłoby pójść schodami i wszystko to mnie omija. Ale zakodowało się już chyba w kulturze, że winda jest uskutecznieniem, przyspieszeniem transportu. I niezależnie od tego, czy w tym przypadku faktycznie jest - ja mam takie poczucie i tylko irytuję się, gdy wszystko trwa zbyt długo.
A w końcu pomyślałam: odkręcenie tej buteleczki zajmuje mi pewnie ze 2 sekundy. 2 sekundy. I to jest dla mnie za dużo. Czy naprawdę aż tak mi się gdzieś spieszy, że 2 sekundy to kwestia być albo nie być?
Winda może i jedzie dłużej, ale czasami jest wygodniejsza. Może lepiej w ten sposób ją postrzegać? Nie muszę wchodzić na 3 piętro, kiedy naprawdę nie mam na to siły albo zwyczajnie mi się nie chce. Po co patrzyć na to, jak na oszczędność czasu i się okłamywać, skoro można stanąć w prawdzie i przyznać, że to po prostu wygodniejsza opcja dotarcia do celu?
Ale tak nie można. Bo chwila nas tyranizuje, że tak sparafrazuję Eriksena*. Każdy ułamek sekundy (już nawet nie sekunda, ale jej ułamek) jest ważny i musi być maksymalnie wykorzystany. Czasem wprawdzie świat nas oszukuje i stawia przed nami rekwizyty współczesnego, szybkiego świata (jak winda), które niekoniecznie spełniają swoje zadanie, ale przynajmniej dają nam poczucie, że jesteśmy we właściwym miejscu i robimy wszystko dobrze: niecierpliwimy się na zbyt wolną windę, ale to przecież tylko część całości - bo ona i tak kojarzy się z szybkością.
Co innego nieporęczne nakrętki. Należałoby zgłosić komuś ważnemu w Ziaji, że konieczne są udoskonalenia.
* Thomas Holland Eriksen "Tyrania Chwili"
sobota, 25 maja 2013
Gatsby.
Pierwszy raz od stu lat byłam w kinie. Oglądałam "Wielkiego Gatsbiego" - czekałam nawet na ten film dość długo. Recenzje czytałam różne, ale szłam z nastawieniem, że powinno być super, więc wszystko wskazywało na to, że nie będzie. A jednak nie. Film mi się podobał, kicz też. Ale nie o tym.
Generalnie zawsze darzyłam sentymentem lata 20. i gdybym mogła się cofać w czasie, tak jak Gil Pender w "O północy w Paryżu", to bym chciała. I nie wiem, czy to siła mojego zauroczenia, czy filmu, ale "Wielki Gatsby" pozwolił mi przychylniejszym okiem spojrzeć na muzykę popularną gorszego sortu i jej odbiorców. Bo ścieżką dźwiękową do filmu zajmował się Jay-Z z żoną. I chociaż do Jaya nic nie mam, to do jego wyborów muzycznych, jeśli chodzi o ekranizację, byłam sceptycznie nastawiona. I faktycznie, możemy usłyszeć Fergie, Lanę del Rey, Sie. Ale oglądając ten film, nie mogłam się oprzeć wnioskowi, że gdyby ci ludzie żyli dzisiaj, pewnie właśnie tego by słuchali. Muzyka idealnie komponowała się z obrazem, chociaż była współczesna do granic możliwości. Na początku nie wiedziałam, czy odrobinę mniej lubię przez to lata 20., czy trochę bardziej polubiłam pierwsze 20 lat naszego wieku. Teraz myślę, że chyba to drugie.
I jeszcze dwie piosenki, które przykuły moją uwagę.
Lany Del Rey nie znoszę. Za to, co sobą reprezentuje, czyli pokolenie młodych, zainteresowanych tylko swoim wyglądem i pozorami inteligencji albo głębi. Ale ta piosenka mi się podoba. A tekst jest moim zdaniem znaczący. "I've seen the world, done it all" to trochę nieskromne stwierdzenie jak na 27latkę. Ale nawet nie w tym rzecz. Chodzi o refren: "Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?". Bo co jest warte miłości, poza młodością?
A ten kawałek po prostu mnie zniszczył. Kwintesencja współczesności. Esencja.
A na marginesie, Carrey Mulligan nie powinna grać Daisy. Za miłą ma twarz.
sobota, 20 kwietnia 2013
Relatywizm – pogląd filozoficzny, wedle którego prawdziwość wypowiedzi można oceniać wyłącznie w kontekście systemu, w którym są one wypowiadane. Tym samym relatywizm stwierdza, że nie istnieją zdania niosące absolutną treść, których ocena byłaby identyczna i niezależna od jej kontekstu. Prawdziwość dowolnego sądu zależy od przyjętych założeń, poglądów czy podstaw kulturowych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
czwartek, 28 marca 2013
Tu ma chodzić o prawdę
Rozmowa z dr hab. fizyki teoretycznej i prof. filozofii Marianem Grabowskim o idei uniwersytetu i wielu innych rzeczach.
Czy jest możliwe,
aby zajmować się jakąś dziedziną nauki neutralnie
światopoglądowo?
Ludzie ze swej
natury są stronniczy. Także w sferze poglądów. O bezstronność,
w tym o bezstronność światopoglądową w poznaniu humanistycznym
trzeba zabiegać. Realizacja ideału obiektywnego poznania wymaga
wysiłku. Jest to jeden z trzech ideałów nauki: racjonalność,
prawda, obiektywizm. Dobić się we własnym rozwoju naukowym postawy
rzeczowego obiektywizmu, powściągać obecne w nas partyjniactwo to
wielki sukces.
Polskie
społeczeństwo jest w zasadzie podzielone na dwa obozy: liberalny i
konserwatywny. Czy w środowisku naukowym też tak jest?
A jakże! Zgodnie
z weberowskim ideałem nauki uczeni w swojej pracy powinni to jednak
przezwyciężać. Uniwersytet powinien być wolny między innymi od
stronniczości politycznej. Tu ma chodzić o prawdę. A nie istnieje
prawda moja i prawda twoja. Prawda jest ponadpartyjna. Zostać tylko
przy swoich racjach, uznać ostateczny charakter swoich poglądów to
najczęściej rezygnować z dążenia do prawdy. Zaangażowanie
ideologiczne to śmierć dla uniwersytetu. Uczeni nie mają być
grupą wyznawców ideologii. Mają poszukiwać prawdy. To jest
trudne, łatwiej tkwić w grupie zwolenników określonej idei, niż
krytycznie ją badać.
W takim razie, co
Pan Profesor sądzi o panoszącym się na wszystkich wydziałach
okołohumanistycznych relatywiźmie?
Jest taki rodzaj
pospolitego relatywizmu, który staje się ideologią poznawczego
lenistwa. Podaję studentom na wstępie do filozofii taki przykład.
Ludzie piją wino. Jeden mówi: smaczne, drugi niesmaczne. Smak wina
wygląda na coś wysoce względnego. Trzeci spróbuje go kiper.
Ponazywa składniki smakowe, zapachowe, poda rocznik, winnicę,
gatunek. Poznaje smaki wina, a nie tylko swoje odczucia. Ale on tego
się w trudzie uczył! Jest poznającym, a nie poznawczym leniem,
który poprzestaje na odczuciach, a ze swego lenistwa robi cnotę.
A nie sądzi Pan
Profesor, że generalnie na uniwersytetach zanika ten wymóg
dochodzenia do znawstwa? Obniża się poziom wymagań.
Widzę, że tak
się dzieje.
Wracając do
relatywizmu. Czy ma on w ogóle jakąś rację bytu na uczelni?
Rację bytu ma
różnorodność poglądów, pomysłów, ujęć, ale relatywizm jako
ideologia jest dla poznania naukowego niezwykle szkodliwy. Gdyby
Einstein był takim relatywistą, to nie wymyśliłby szczególnej
teorii względności. Nie szukałby tego, co niezmienne,
niezależne od układu odniesienia. Tymczasem prędkość światła
okazała się takim niezmiennikiem: taka sama w każdym inercjalnym
układzie odniesienia. I nie tylko ona.
Czy uważa Pan
Profesor, że poza kształceniem umysłów, uniwersytet ma też za
zadanie kształtować moralność studentów?
Jakby
on dobrze kształtował umysły, zmuszał do wysiłku studentów, to
zarazem kształtowałby ich moralnie. Coś Pani zacytuję: „w
oparciu o raporty (opublikowane przez Jonathana Gathorne –
Hardy’ego w The Public School Phenomenon) można stwierdzić, że w
najlepszych angielskich szkołach dla chłopców w 1840 roku
przeznaczano 75 – 80 procent czasu nauczania – 40 godzin
tygodniowo – na języki klasyczne.”1
To kucie.
Przecież elicie urzędniczej brytyjskiego imperium, bo to ją te
szkoły kształciły, te klasyczne języki w praktyce nie były do
niczego przydatne, ale praca z tym związana kształtowała
charakter.
W przypadku
uczonych ich moralność, ich ethos określa dopasowanie się do
wymogów ideałów poznawczych, o których mówiłem, a także do
ograniczeń nakładanych przez metodę. Nie pamiętam, kto to
powiedział, a powiedział z pewnością trafnie: moja metodologia
jest moją moralnością.
Co w takim razie
sądzi Pan Profesor o figurach wątpliwych moralnie w środowisku
akademickim, takich np. jak Zygmunt Bauman, były pracownik KBW
(Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego zajmującego się w czasach
PRLu walką z polskim podziemiem), a obecnie gwiazda wśród
naukowców?
Nic nie sądzę:
w sensie nie osądzam. “Gwiazda” – słowo, którego Pani użyła,
chyba nie jest trafne. Iluś akademików wybrało Zygmunta Baumanna
na swego nauczyciela. Ludzie myślą, że nauczyciel sam wybiera
uczniów. Tak, ale najpierw to oni wybierają jego. Proszę spojrzeć
na przykład Jezusa. Ludzie za Nim chodzą, chcą być jego uczniami.
Wybierają Go na swego nauczyciela. On dopiero znacznie później
wybiera swoich dwunastu uczniów z tego tłumu, który za Nim idzie.
Tu iluś wybrało Z. Baumanna na swego nauczyciela. Ja bym go na
swego nauczyciela nigdy nie wybrał. Tyle.
Ale ja nie mam
takiego wyboru. Uczniowie Baumana to moi nauczyciele. Gdzie jest w
takim razie mój wybór?
Pani dzięki
swoim nauczycielom może posłuchać i poczytać to, o czym on pisze.
Nie każdy filozof, którego poglądów uczą się studenci na
historii filozofii, musi stać sie ich nauczycielem. Każdy sobie
kogoś wybierze, może nikogo, może swego nauczyciela poszuka z dala
od środowisk akademickich. Ma Pani wybór nie gorszy od mojego.
Ostatnio doszłam
do przekonania, że zaufanie dla wykładowców i wiedzy przez nich
przekazywanej mogłabym mieć może tylko na teologii. Zgodzi się
Pan Profesor ze mną?
Na pewno nie.
Odpowiedzialny nauczyciel tak samo jak uwodziciel nie w sensie
seksualnym, a mentalnym, ideolog jak i ktoś uczący samodzielności
myślenia może pojawić się i na teologii, i na filozofii, i na
Pani studiach też. Ale kwestia zaufania jest tu rzeczywiście bardzo
ważna: jeśli go nie ma, nie ma relacji mistrz-uczeń. Ona nie może
zaistnieć bez zaufania. Natomiast tam, gdzie zaufanie, tam też
zawsze możliwość jego nadużycia. Etos ucznia ma swoje ryzyko.
Istnieją jeszcze
w ogóle na uczelniach takie relacje?
Nie są częste,
ale bywają.
A czy czasem nie
jest tak, że to nauczyciele nie chcą stać się mistrzami, brakuje
im pasji, może powołania?
Oczywiście, są
marni studenci, ale bywają też marni nauczyciele.
W takim razie,
czy nieustanny i zdecydowany spadek poziomu i wartości wyższego
wykształcenia jest winą mało ambitnych studentów, czy mało
wymagających nauczycieli?
Nie chcę się
stawiać w roli sędziego, szczególnie, że proces, o którym pani
mówi, jest złożony. Przede wszystkim szkoły wyższe stały się
masowe. Kiedyś tak nie było, uczelnie były znacznie bardziej
elitarne. Teraz większość kształci się na uniwersytecie, a jak
mówi krzywa Gaussa – większość jest przeciętna. Tak więc
poziom nauczania trzeba dostosować do możliwości studenta.
Natomiast bardzo ważne jest, żeby gdzieś poprzeczkę zawiesić:
jest oczywiste, że dzisiejszy student nie będzie w stanie opanować
tak trudnego materiału, jakiego kiedyś wymagano, ale mimo wszystko
trzeba mu ustalić jakiś próg. Dlatego stawiam dwójki. Bo czym
jest dwójka dla studenta? Komunikatem: nie nauczyłeś się, nie
wiesz wystarczająco dużo. Wtedy student ma szansę poprawić,
uzupełnić braki. Jeśli zabierzemy poprzeczkę, to studenci się
uwstecznią i zaczną “raczkować”. A człowiek zaczął się
rozwijać od wtedy, gdy przyjął postawę wyprostowaną.
Czy jest
możliwość, żeby uniwersytety znów zaczęły kształcić tylko
elity?
Jestem
przekonany, że to niemożliwe. Są pewne procesy, które są już
nieodwracalne. Moim zdaniem, jedynym sensownym rozwiązaniem jest
tworzenie szkół elitarnych – dla najzdolniejszych.
Wracając do
poprzedniego pytania, co jeszcze powoduje spadek poziomu?
Brak motywacji.
Niewielu uczy się dla samej satysfakcji poznawania, większość dla
jakichś wymiernych korzyści. A jakie możliwości czekają teraz na
absolwentów uniwersytetów? Pizzeria, kasa w supermarkecie,
emigracja. W czasach moich rodziców skończony uniwersytet, to była
istotna zmiana półki w społeczeństwie, prestiż, rodzaj gwarancji
dostatku materialnego.
Jak Pan Profesor
sądzi, skąd bierze się brak szacunku dla nauczycieli akademickich
wśród młodzieży?
Ja muszę żyć w
bańce, bo tego nie doświadczam. Może to wynika z tego, że stawiam
dwójki, przez co studenci czują do mnie respekt, a może mam po
prostu miłych studentów.
Niedawno Ruch
Narodowy próbował zorganizować dyskusję na Uniwersytecie
Warszawskim, środowiska lewicowe także zostały zaproszone, a mimo
to, z powodu nacisków młodzieżówki Partii Zielonych rektor
cofnął zgodę na tę dyskusję. Nie sądzi Pan Profesor, że
ogranicza to pluralizm poglądów?
Wracamy w naszej
rozmowie do sprawy politycznej, ideologicznej stronniczości i wymogu
bezstronności politycznej uniwersytetu, jego nieideologicznego
charakteru. Uniwersytet nie powinien być wciągany w grę polityczną
ani przez uczonych o poglądach prawicowych ani lewicowych.
Doktrynerstwo lewicowe, które się na naszych uniwersytetach
rozpycha, jest dla jego misji nadzwyczaj szkodliwe. Pod płaszczykiem
neutralności światopoglądowej i naukowości pakuje w głowy
młodych ludzi rozmaite ideologie. Niszczy ideę uniwersytetu,
zamienia uniwersytet w plac walki politycznej. To się skończy
fatalnie. Wspólnota uniwersytecka wyznaczana przez wartość prawdy,
racjonalności i obiektywizmu nie jest nieśmiertelna. Zależy od
naszych starań, od naszej dbałości o realizację tych ideałów.
Zamienić uniwersytet na partyjną szkołę łatwo, ale to krok w
stronę barbarzyństwa. Obawiam się, że na długie dziesiątki lat
nieodwracalny. Barbaryzacja ludzkich wspólnot jest łatwa, ale ich
cywilizowanie to proces bardzo mozolny.
Czy w takim razie
np. Peter Singer- naukowiec o bardzo radykalnych i sprzecznych z
etyką chrześcijańską, moim zdaniem sprzecznych z człowieczeństwem
poglądach, który mimo to stoi na świeczniku, jest symbolem naszych
czasów – nowego totalitaryzmu, czy może jednak ma on prawo do
swoich poglądów i swoje miejsce w dyskursie naukowym?
Arystoteles
gdzieś napisał, że ludzie, którzy twierdzą, że wolno zabić
własną matkę, zasługują nie na pouczenie, lecz na chłostę.
Warto to, co napisał, rozważyć, bo to bardzo roztropne. Pewien typ
relatywizacji tego, co określa ludzki świat bardzo fundamentalnie,
jest bardzo niebezpieczny. Poza tym te relatywizacje ogłupiają
tego, kto ich dokonuje. Chłosta w czasach Arystotelesa służyła
jako narzędzie wychowawcze. Swoją dolegliwością miała
uprzytomnić wartość tego, co zakwestionowano. Rózga jako
narzędzie przywracania roztropności (śmiech).
Prawo do swoich
poglądów ma każdy, ale nie każdy pogląd dopuszczamy do dyskursu
publicznego. Na przykład poglądy faszystowskie. Problem jest tu
bardziej złożony.
Filozof, etyk
może szukać prawdy – przykładowo rozważać granicę
relatywizowania wartości ludzkiego życia, wtedy realizuje swój
ethos, może też się mu sprzeniewierzyć i stać się ideologiem.
Nie służy prawdzie, nie pyta jak jest, nie docieka, ale głosi
gotową odpowiedź. Ma ona taką właściwość, że zwalnia z
myślenia krytycznego, często jest utopijna, usprawiedliwia nasze
winy, tłumaczy nas z krzywd, których się dopuściliśmy. Trzeba
pamiętać, że ideologia jest substytutem prawdy. Ideologia
poprawności politycznej, ideologia jakości ludzkiego życia, ale
także religia może zostać przez wyznawców zdegradowana do roli
ideologii. Człowiek jest istotą, której trudno wytrzymać
napięcie, jakie niesie z sobą poszukiwanie prawdy. Poddaje się
pokusie: idzie na ideologiczną łatwiznę często odurzony emocjami,
które mu tu towarzyszą.
Dziękuję za
rozmowę.
1
J. Derbyshire – Obsesja liczb pierwszych, Wyd. NAKOM,
Poznań 2009 str. 49
Subskrybuj:
Posty (Atom)