wtorek, 23 lipca 2013

Niedawno miałam okazję spędzić kilka dni u słowackiej rodziny. Po słowacku oczywiście nie mówię, ale co to za problem skoro polski i słowacki to prawie to samo. Jak dla kogo. Moja siostra, która miała bardziej długotrwały kontakt z tym językiem wcześniej, uprzedziła mnie, że to jednak tylko tak się wydaje. Z kolei mój tata jej nie uwierzył i jakby na złość rozmawiał z naszymi sąsiadami zza gór bez żadnego problemu. Ale to wszystko było wcześniej, więc kiedy już przyjechaliśmy do naszych słowackich gospodarzy na kilka dni, byłam uzbrojona w wiedzę teoretyczną bardziej, że ja słowackiego nic a nic, a mój tata może gadać godzinami. Więc przez te 72 godziny na obcej ziemi mogłam weryfikować swoją wiedzę. Wnioski spłynęły na mnie dopiero później.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.

środa, 17 lipca 2013

Tylko wielkie przeboje

Radio ZET - "tylko wielkie przeboje" to od 1995 r. (czyli w sumie prawie od zawsze, ale jak ładnie się popisać znajomością dat) slogan tej rozgłośni i słyszałam go już tyle razy, że aż się zdziwiłam, kiedy dzisiaj wieczorem zasiadłam do filmu polecanego właśnie przez tę stację i usłyszałam te trzy słowa w zupełnie nowym kontekście. Tylko wielkie przeboje, znaczy że żadnych innych nie ma. Przecież to wszystko tłumaczy! Wszystkie te Tiny Turner, Whitney Houston, Celin Diony, Eltony Johny itd. itd. Bo co może się równać z "I will always love you"? Jaki hit jest tego kalibru, że absolutnie każde pokolenie go pamięta? To, że młodzież zna go na pamięć tylko dlatego, że Zetka katuje go nieustannie od 18 lat, to przecież tylko drobny szczegół.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do Whitney Houston ani do klasyków z Radia Zet, ale! Idąc dalej tym tokiem myślenia - tylko wielkie przeboje, tylko gwiazdy naprawdę błyszczące pełnym blaskiem na firmamencie sław mają w teorii dostęp do ramówki warszawskiej radiostacji, to ja się pytam, jakim cudem wdzierają się tam takie pyłki jak jakaś Sylwia Grzeszczak (numer drugi na ich liście przebojów, a nigdy nie słyszałam panienki śpiewającej) albo inni, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak mało ważni są. Apeluję do Państwa Ważnych w redakcji! Odrobinę konsekwencji! Jak reklamować się wielkimi przebojami, to niech to będą wielkie przeboje i zapewniam państwa, że jest ich większa garstka niż to, czym zamęczają mnie państwo odkąd pamiętam (no dobra, teraz to już radia słucham rzadko i trochę wzruszająco się robi, jak odkrywam, że nic się nie zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Ale nie w tym rzecz! Tu idzie o większe cele!). A najlepiej to zmieńcie sobie slogan i będzie z bani, syfu będzie mogło lecieć co niemiara i nikt się nie przyczepi.
Ps. Klasyk Whitney, o którym pisałam jest na 68 miejscu światowej listy piosenek wszech czasów magazynu Bilboard, ciekawe gdzie plasuje się jakikolwiek to jest, największy przebój Sylwii Grzeszczak?
Pps. Ostatnio dopada mnie smutna myśl (raz na jakiś czas każdemu się niestety zdarza), że wszystko co mówię/piszę jest bardzo wtórne i nic nie wnosi do świata. Bardzo za to przepraszam.

środa, 10 lipca 2013

Ludzie Gołębiami Są

Spotkała mnie niedawno najdziwniejsza rzecz. Z wrodzonego roztrzepania zapomniałam zamknąć okno przed wyjazdem na weekend i po powrocie przywitał mnie gołąb, który wleciał przez to okno. A właściwie nie przywitał, tylko rzucił się na mnie i zafundował podwójny zawał plus spory kłopot z uratowaniem go. Mimo otwarcia wszystkich trzech okien na oścież i sugerowania mu drogi nieporadnym machaniem rękoma tudzież miotłą, gołąb wybierał jak najdurniejsze miejsca ucieczki. Wlatywał na ściany, obijał się o drzwi, chował pod łóżkiem (to akurat moja wina, uciekał tak przed miotłą), próbował wszystkiego, tylko nie właściwej drogi. I jak tak biegałam za nim po pokoju, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są na świecie ludzie-gołębie. Tacy, którzy nigdy nie dostrzegą pomocnej dłoni, tylko atak; którzy nie potrafią znaleźć dobrych rozwiązań, ale zawsze odbijają się od ścian; tacy, którzy uparcie powtarzają te same błędy, licząc chyba na to, że jakimś cudem w końcu się uda. Ciekawe tylko, czy wśród gołębi też panuje taka różnorodność charakterów i może trafiłam po prostu na wyjątkowo głupi okaz.
Ps. Gołębia w końcu zagoniłam do kąta, złapałam w ręce (?) i sama wypuściłam przez okno.

wtorek, 4 czerwca 2013

O nakrętkach

Prawie każdego wieczora muszę zmyć makijaż i użyć paru innych kosmetyków. Ostatnio odkryłam, że bardzo mnie to irytuje, bo zużywam na to zbyt dużo czasu - niepotrzebnie. Głównym winowajcą jest opakowanie ze zdjęcia. Płyn do demakijażu z nakrętką - i to nie okrągłą. Złapałam się na tym, że ta nakrętka prawie zawsze leży obok, bo nie chce mi się jej zakręcać - jest zbyt nieporęczna, a zakręcenie jej trwa zbyt długo. Tonik np. ma dużo praktyczniejsze opakowanie z takim jakby kapslem, który wystarczy podważyć, a potem wcisnąć z powrotem, cała operacja zajmuje ułamek sekundy. Dotarło do mnie, jak bardzo się spieszę. Chociaż nie, właściwsze słowo, to niecierpliwię: że muszę czekać, że muszę wykonać jakąś drobną, irytującą czynność, której zrealizowanie powinno być maksymalnie dla mnie udogodnione, a nie jest. Dlaczego ta sama firma nie może zrobić takiego samego mechanizmu otwierania we wszystkich produktach (najlepiej tego z kapslem), tylko każe mi otwierać wszystko na setki sposobów i to jeszcze tak pracochłonnych?
Albo inny przykład. Na jednym z wydziałów UMK (budynek ma 3 dość niskie piętra) jest winda. Kiedyś w ogóle z niej nie korzystałam, bo po co, skoro mam nogi, ale ostatnio zaczęłam ją wykorzystywać, gdy się bardzo śpieszę. Co jest kompletnie bez sensu, bo ona jedzie dłużej niż człowiek idący po schodach. I znów się niecierpliwię - że muszę na nią zbyt długo czekać, że drzwi za wolno się otwierają i zamykają, że zbyt wolno jedzie. Wystarczyłoby pójść schodami i wszystko to mnie omija. Ale zakodowało się już chyba w kulturze, że winda jest uskutecznieniem, przyspieszeniem transportu. I niezależnie od tego, czy w tym przypadku faktycznie jest - ja mam takie poczucie i tylko irytuję się, gdy wszystko trwa zbyt długo.
A w końcu pomyślałam: odkręcenie tej buteleczki zajmuje mi pewnie ze 2 sekundy. 2 sekundy. I to jest dla mnie za dużo. Czy naprawdę aż tak mi się gdzieś spieszy, że 2 sekundy to kwestia być albo nie być?
Winda może i jedzie dłużej, ale czasami jest wygodniejsza. Może lepiej w ten sposób ją postrzegać? Nie muszę wchodzić na 3 piętro, kiedy naprawdę nie mam na to siły albo zwyczajnie mi się nie chce. Po co patrzyć na to, jak na oszczędność czasu i się okłamywać, skoro można stanąć w prawdzie i przyznać, że to po prostu wygodniejsza opcja dotarcia do celu?
Ale tak nie można. Bo chwila nas tyranizuje, że tak sparafrazuję Eriksena*. Każdy ułamek sekundy (już nawet nie sekunda, ale jej ułamek) jest ważny i musi być maksymalnie wykorzystany. Czasem wprawdzie świat nas oszukuje i stawia przed nami rekwizyty współczesnego, szybkiego świata (jak winda), które niekoniecznie spełniają swoje zadanie, ale przynajmniej dają nam poczucie, że jesteśmy we właściwym miejscu i robimy wszystko dobrze: niecierpliwimy się na zbyt wolną windę, ale to przecież tylko część całości - bo ona i tak kojarzy się z szybkością.
Co innego nieporęczne nakrętki. Należałoby zgłosić komuś ważnemu w Ziaji, że konieczne są udoskonalenia.
* Thomas Holland Eriksen "Tyrania Chwili"

sobota, 25 maja 2013

Gatsby.

Pierwszy raz od stu lat byłam w kinie. Oglądałam "Wielkiego Gatsbiego" - czekałam nawet na ten film dość długo. Recenzje czytałam różne, ale szłam z nastawieniem, że powinno być super, więc wszystko wskazywało na to, że nie będzie. A jednak nie. Film mi się podobał, kicz też. Ale nie o tym.
Generalnie zawsze darzyłam sentymentem lata 20. i gdybym mogła się cofać w czasie, tak jak Gil Pender w "O północy w Paryżu", to bym chciała. I nie wiem, czy to siła mojego zauroczenia, czy filmu, ale "Wielki Gatsby" pozwolił mi przychylniejszym okiem spojrzeć na muzykę popularną gorszego sortu i jej odbiorców. Bo ścieżką dźwiękową do filmu zajmował się Jay-Z z żoną. I chociaż do Jaya nic nie mam, to do jego wyborów muzycznych, jeśli chodzi o ekranizację,  byłam sceptycznie nastawiona. I faktycznie, możemy usłyszeć Fergie, Lanę del Rey, Sie. Ale oglądając ten film, nie mogłam się oprzeć wnioskowi, że gdyby ci ludzie żyli dzisiaj, pewnie właśnie tego by słuchali. Muzyka idealnie komponowała się z obrazem, chociaż była współczesna do granic możliwości. Na początku nie wiedziałam, czy odrobinę mniej lubię przez to lata 20., czy trochę bardziej polubiłam pierwsze 20 lat naszego wieku. Teraz myślę, że chyba to drugie.
I jeszcze dwie piosenki, które przykuły moją uwagę.
Lany Del Rey nie znoszę. Za to, co sobą reprezentuje, czyli pokolenie młodych, zainteresowanych tylko swoim wyglądem i pozorami inteligencji albo głębi. Ale ta piosenka mi się podoba. A tekst jest moim zdaniem znaczący. "I've seen the world, done it all" to trochę nieskromne stwierdzenie jak na 27latkę. Ale nawet nie w tym rzecz. Chodzi o refren: "Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?". Bo co jest warte miłości, poza młodością?
A ten kawałek po prostu mnie zniszczył. Kwintesencja współczesności. Esencja. 
A na marginesie, Carrey Mulligan nie powinna grać Daisy. Za miłą ma twarz.

sobota, 20 kwietnia 2013

Relatywizm – pogląd filozoficzny, wedle którego prawdziwość wypowiedzi można oceniać wyłącznie w kontekście systemu, w którym są one wypowiadane. Tym samym relatywizm stwierdza, że nie istnieją zdania niosące absolutną treść, których ocena byłaby identyczna i niezależna od jej kontekstu. Prawdziwość dowolnego sądu zależy od przyjętych założeń, poglądów czy podstaw kulturowych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.

czwartek, 28 marca 2013

Tu ma chodzić o prawdę


Rozmowa z dr hab. fizyki teoretycznej i prof. filozofii Marianem Grabowskim o idei uniwersytetu i wielu innych rzeczach.
Czy jest możliwe, aby zajmować się jakąś dziedziną nauki neutralnie światopoglądowo?
Ludzie ze swej natury są stronniczy. Także w sferze poglądów. O bezstronność, w tym o bezstronność światopoglądową w poznaniu humanistycznym trzeba zabiegać. Realizacja ideału obiektywnego poznania wymaga wysiłku. Jest to jeden z trzech ideałów nauki: racjonalność, prawda, obiektywizm. Dobić się we własnym rozwoju naukowym postawy rzeczowego obiektywizmu, powściągać obecne w nas partyjniactwo to wielki sukces.
Polskie społeczeństwo jest w zasadzie podzielone na dwa obozy: liberalny i konserwatywny. Czy w środowisku naukowym też tak jest?
A jakże! Zgodnie z weberowskim ideałem nauki uczeni w swojej pracy powinni to jednak przezwyciężać. Uniwersytet powinien być wolny między innymi od stronniczości politycznej. Tu ma chodzić o prawdę. A nie istnieje prawda moja i prawda twoja. Prawda jest ponadpartyjna. Zostać tylko przy swoich racjach, uznać ostateczny charakter swoich poglądów to najczęściej rezygnować z dążenia do prawdy. Zaangażowanie ideologiczne to śmierć dla uniwersytetu. Uczeni nie mają być grupą wyznawców ideologii. Mają poszukiwać prawdy. To jest trudne, łatwiej tkwić w grupie zwolenników określonej idei, niż krytycznie ją badać.
W takim razie, co Pan Profesor sądzi o panoszącym się na wszystkich wydziałach okołohumanistycznych relatywiźmie?
Jest taki rodzaj pospolitego relatywizmu, który staje się ideologią poznawczego lenistwa. Podaję studentom na wstępie do filozofii taki przykład. Ludzie piją wino. Jeden mówi: smaczne, drugi niesmaczne. Smak wina wygląda na coś wysoce względnego. Trzeci spróbuje go kiper. Ponazywa składniki smakowe, zapachowe, poda rocznik, winnicę, gatunek. Poznaje smaki wina, a nie tylko swoje odczucia. Ale on tego się w trudzie uczył! Jest poznającym, a nie poznawczym leniem, który poprzestaje na odczuciach, a ze swego lenistwa robi cnotę.
A nie sądzi Pan Profesor, że generalnie na uniwersytetach zanika ten wymóg dochodzenia do znawstwa? Obniża się poziom wymagań.
Widzę, że tak się dzieje.
Wracając do relatywizmu. Czy ma on w ogóle jakąś rację bytu na uczelni?
Rację bytu ma różnorodność poglądów, pomysłów, ujęć, ale relatywizm jako ideologia jest dla poznania naukowego niezwykle szkodliwy. Gdyby Einstein był takim relatywistą, to nie wymyśliłby szczególnej teorii względności. Nie szukałby tego, co niezmienne, niezależne od układu odniesienia. Tymczasem prędkość światła okazała się takim niezmiennikiem: taka sama w każdym inercjalnym układzie odniesienia. I nie tylko ona.
Czy uważa Pan Profesor, że poza kształceniem umysłów, uniwersytet ma też za zadanie kształtować moralność studentów?
Jakby on dobrze kształtował umysły, zmuszał do wysiłku studentów, to zarazem kształtowałby ich moralnie. Coś Pani zacytuję: „w oparciu o raporty (opublikowane przez Jonathana Gathorne – Hardy’ego w The Public School Phenomenon) można stwierdzić, że w najlepszych angielskich szkołach dla chłopców w 1840 roku przeznaczano 75 – 80 procent czasu nauczania – 40 godzin tygodniowo – na języki klasyczne.”1
To kucie. Przecież elicie urzędniczej brytyjskiego imperium, bo to ją te szkoły kształciły, te klasyczne języki w praktyce nie były do niczego przydatne, ale praca z tym związana kształtowała charakter.
W przypadku uczonych ich moralność, ich ethos określa dopasowanie się do wymogów ideałów poznawczych, o których mówiłem, a także do ograniczeń nakładanych przez metodę. Nie pamiętam, kto to powiedział, a powiedział z pewnością trafnie: moja metodologia jest moją moralnością.
Co w takim razie sądzi Pan Profesor o figurach wątpliwych moralnie w środowisku akademickim, takich np. jak Zygmunt Bauman, były pracownik KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego zajmującego się w czasach PRLu walką z polskim podziemiem), a obecnie gwiazda wśród naukowców?
Nic nie sądzę: w sensie nie osądzam. “Gwiazda” – słowo, którego Pani użyła, chyba nie jest trafne. Iluś akademików wybrało Zygmunta Baumanna na swego nauczyciela. Ludzie myślą, że nauczyciel sam wybiera uczniów. Tak, ale najpierw to oni wybierają jego. Proszę spojrzeć na przykład Jezusa. Ludzie za Nim chodzą, chcą być jego uczniami. Wybierają Go na swego nauczyciela. On dopiero znacznie później wybiera swoich dwunastu uczniów z tego tłumu, który za Nim idzie. Tu iluś wybrało Z. Baumanna na swego nauczyciela. Ja bym go na swego nauczyciela nigdy nie wybrał. Tyle.
Ale ja nie mam takiego wyboru. Uczniowie Baumana to moi nauczyciele. Gdzie jest w takim razie mój wybór?
Pani dzięki swoim nauczycielom może posłuchać i poczytać to, o czym on pisze. Nie każdy filozof, którego poglądów uczą się studenci na historii filozofii, musi stać sie ich nauczycielem. Każdy sobie kogoś wybierze, może nikogo, może swego nauczyciela poszuka z dala od środowisk akademickich. Ma Pani wybór nie gorszy od mojego.
Ostatnio doszłam do przekonania, że zaufanie dla wykładowców i wiedzy przez nich przekazywanej mogłabym mieć może tylko na teologii. Zgodzi się Pan Profesor ze mną?
Na pewno nie. Odpowiedzialny nauczyciel tak samo jak uwodziciel nie w sensie seksualnym, a mentalnym, ideolog jak i ktoś uczący samodzielności myślenia może pojawić się i na teologii, i na filozofii, i na Pani studiach też. Ale kwestia zaufania jest tu rzeczywiście bardzo ważna: jeśli go nie ma, nie ma relacji mistrz-uczeń. Ona nie może zaistnieć bez zaufania. Natomiast tam, gdzie zaufanie, tam też zawsze możliwość jego nadużycia. Etos ucznia ma swoje ryzyko.
Istnieją jeszcze w ogóle na uczelniach takie relacje?
Nie są częste, ale bywają.
A czy czasem nie jest tak, że to nauczyciele nie chcą stać się mistrzami, brakuje im pasji, może powołania?
Oczywiście, są marni studenci, ale bywają też marni nauczyciele.
W takim razie, czy nieustanny i zdecydowany spadek poziomu i wartości wyższego wykształcenia jest winą mało ambitnych studentów, czy mało wymagających nauczycieli?
Nie chcę się stawiać w roli sędziego, szczególnie, że proces, o którym pani mówi, jest złożony. Przede wszystkim szkoły wyższe stały się masowe. Kiedyś tak nie było, uczelnie były znacznie bardziej elitarne. Teraz większość kształci się na uniwersytecie, a jak mówi krzywa Gaussa – większość jest przeciętna. Tak więc poziom nauczania trzeba dostosować do możliwości studenta. Natomiast bardzo ważne jest, żeby gdzieś poprzeczkę zawiesić: jest oczywiste, że dzisiejszy student nie będzie w stanie opanować tak trudnego materiału, jakiego kiedyś wymagano, ale mimo wszystko trzeba mu ustalić jakiś próg. Dlatego stawiam dwójki. Bo czym jest dwójka dla studenta? Komunikatem: nie nauczyłeś się, nie wiesz wystarczająco dużo. Wtedy student ma szansę poprawić, uzupełnić braki. Jeśli zabierzemy poprzeczkę, to studenci się uwstecznią i zaczną “raczkować”. A człowiek zaczął się rozwijać od wtedy, gdy przyjął postawę wyprostowaną.
Czy jest możliwość, żeby uniwersytety znów zaczęły kształcić tylko elity?
Jestem przekonany, że to niemożliwe. Są pewne procesy, które są już nieodwracalne. Moim zdaniem, jedynym sensownym rozwiązaniem jest tworzenie szkół elitarnych – dla najzdolniejszych.
Wracając do poprzedniego pytania, co jeszcze powoduje spadek poziomu?
Brak motywacji. Niewielu uczy się dla samej satysfakcji poznawania, większość dla jakichś wymiernych korzyści. A jakie możliwości czekają teraz na absolwentów uniwersytetów? Pizzeria, kasa w supermarkecie, emigracja. W czasach moich rodziców skończony uniwersytet, to była istotna zmiana półki w społeczeństwie, prestiż, rodzaj gwarancji dostatku materialnego.
Jak Pan Profesor sądzi, skąd bierze się brak szacunku dla nauczycieli akademickich wśród młodzieży?
Ja muszę żyć w bańce, bo tego nie doświadczam. Może to wynika z tego, że stawiam dwójki, przez co studenci czują do mnie respekt, a może mam po prostu miłych studentów.
Niedawno Ruch Narodowy próbował zorganizować dyskusję na Uniwersytecie Warszawskim, środowiska lewicowe także zostały zaproszone, a mimo to, z powodu nacisków młodzieżówki Partii Zielonych rektor cofnął zgodę na tę dyskusję. Nie sądzi Pan Profesor, że ogranicza to pluralizm poglądów?
Wracamy w naszej rozmowie do sprawy politycznej, ideologicznej stronniczości i wymogu bezstronności politycznej uniwersytetu, jego nieideologicznego charakteru. Uniwersytet nie powinien być wciągany w grę polityczną ani przez uczonych o poglądach prawicowych ani lewicowych. Doktrynerstwo lewicowe, które się na naszych uniwersytetach rozpycha, jest dla jego misji nadzwyczaj szkodliwe. Pod płaszczykiem neutralności światopoglądowej i naukowości pakuje w głowy młodych ludzi rozmaite ideologie. Niszczy ideę uniwersytetu, zamienia uniwersytet w plac walki politycznej. To się skończy fatalnie. Wspólnota uniwersytecka wyznaczana przez wartość prawdy, racjonalności i obiektywizmu nie jest nieśmiertelna. Zależy od naszych starań, od naszej dbałości o realizację tych ideałów. Zamienić uniwersytet na partyjną szkołę łatwo, ale to krok w stronę barbarzyństwa. Obawiam się, że na długie dziesiątki lat nieodwracalny. Barbaryzacja ludzkich wspólnot jest łatwa, ale ich cywilizowanie to proces bardzo mozolny.
Czy w takim razie np. Peter Singer- naukowiec o bardzo radykalnych i sprzecznych z etyką chrześcijańską, moim zdaniem sprzecznych z człowieczeństwem poglądach, który mimo to stoi na świeczniku, jest symbolem naszych czasów – nowego totalitaryzmu, czy może jednak ma on prawo do swoich poglądów i swoje miejsce w dyskursie naukowym?
Arystoteles gdzieś napisał, że ludzie, którzy twierdzą, że wolno zabić własną matkę, zasługują nie na pouczenie, lecz na chłostę. Warto to, co napisał, rozważyć, bo to bardzo roztropne. Pewien typ relatywizacji tego, co określa ludzki świat bardzo fundamentalnie, jest bardzo niebezpieczny. Poza tym te relatywizacje ogłupiają tego, kto ich dokonuje. Chłosta w czasach Arystotelesa służyła jako narzędzie wychowawcze. Swoją dolegliwością miała uprzytomnić wartość tego, co zakwestionowano. Rózga jako narzędzie przywracania roztropności (śmiech).
Prawo do swoich poglądów ma każdy, ale nie każdy pogląd dopuszczamy do dyskursu publicznego. Na przykład poglądy faszystowskie. Problem jest tu bardziej złożony.
Filozof, etyk może szukać prawdy – przykładowo rozważać granicę relatywizowania wartości ludzkiego życia, wtedy realizuje swój ethos, może też się mu sprzeniewierzyć i stać się ideologiem. Nie służy prawdzie, nie pyta jak jest, nie docieka, ale głosi gotową odpowiedź. Ma ona taką właściwość, że zwalnia z myślenia krytycznego, często jest utopijna, usprawiedliwia nasze winy, tłumaczy nas z krzywd, których się dopuściliśmy. Trzeba pamiętać, że ideologia jest substytutem prawdy. Ideologia poprawności politycznej, ideologia jakości ludzkiego życia, ale także religia może zostać przez wyznawców zdegradowana do roli ideologii. Człowiek jest istotą, której trudno wytrzymać napięcie, jakie niesie z sobą poszukiwanie prawdy. Poddaje się pokusie: idzie na ideologiczną łatwiznę często odurzony emocjami, które mu tu towarzyszą.
Dziękuję za rozmowę.
1 J. Derbyshire – Obsesja liczb pierwszych, Wyd. NAKOM, Poznań 2009 str. 49