Tytułowe równanie brzmi sensownie, prawda? Prawda. Jeśli społeczeństwu dostarcza się wszelkie wiadomości ze świata polityki, to takie społeczeństwo staje się wolne od wpływów i indoktrynacji, dzięki czemu może samo świadomie podejmować decyzje, wybierać polityków, kształtować politykę.
Ale w świecie "szybciej, więcej, jeszcze szybciej", w którym informacje jutra przekazywane są dzisiaj, w którym głównym centrum informacji jest internet pełen wszystkiego, czyli w rezultacie - niczego; w świecie, w którym mieszkaniec Torunia czyta o śmierci dziecka z Gliwic albo nagiej przejażdżce mężczyzny z Mazur (info wyczytane na portalu Interia) - informacje cokolwiek straszne/zabawne, ale jednak niezbyt potrzebne (budzi się we mnie wniosek, że ludzie przestali mieć jakiekolwiek wyczucie tego, co jest informacją medialną, a co prywatną sprawą rodziny; zastanawiam się też, jaki jest sposób selekcji takich nieważnych informacji, kto się tym zajmuje i ile mu płacą?); w świecie, w którym prasa papierowa jest nieprzyzwoicie wręcz upolityczniona i nie podaje wcale wiadomości, a zawsze komentarze albo informacje tak wyselekcjonowane, żeby dopełniały obraz świata tworzony przez dany tytuł; więc czy w tym świecie informacja faktycznie równa się wolność? Zastanawiam się też kto narzucił mediom tę potrzebę informowania o totalnie wszystkim, jakkolwiek durne albo po prostu zbędne by to nie było.
Poza tym: czy istnieje prawdopodobieństwo, że jednak to równanie jest błędne. Że cały ogrom społeczeństwa nie będzie chciał przyjmować informacji (oczywiście mam tu na myśli pełnowartościowe informacje, nie tę sieczkę dziś podawaną), że będą one dla niego za mało atrakcyjne, trzeba mu je będzie posłodzić i udekorować jakimś żartem, a później z kolei może jednak samą informację uczynić żartem, rozrywką, tak żeby cały ogrom społeczeństwa ją strawił?
Czy możliwe jest, że społeczeństwo jako całość, wcale nie pragnie wolności? Albo jeszcze inaczej: pragnie jej, dobrze też wie, kiedy ktoś chce je perfidnie oszukać (Acta się kłania), ale polityka rzadko jest perfidna i rzucająca się w oczy, zazwyczaj trzeba jednak pochylić się nad czymś, trochę pomyśleć. A skoro wiadomości jest ocean, to nad czym tu się pochylać? Nad kolorowymi rybkami - infotainment*? Czy nad zwykłą kroplą wody, która faktycznie jest ważna?
To równanie jest prawdziwe. tylko w idealnym świecie. W naszym - szybkim, zalanym informacją, która nie niesie ze sobą żadnej treści, traci swój sens.
* Infotainment = information + entertainment
czwartek, 25 lipca 2013
wtorek, 23 lipca 2013
Niedawno miałam okazję spędzić kilka dni u słowackiej rodziny. Po słowacku oczywiście nie mówię, ale co to za problem skoro polski i słowacki to prawie to samo. Jak dla kogo. Moja siostra, która miała bardziej długotrwały kontakt z tym językiem wcześniej, uprzedziła mnie, że to jednak tylko tak się wydaje. Z kolei mój tata jej nie uwierzył i jakby na złość rozmawiał z naszymi sąsiadami zza gór bez żadnego problemu. Ale to wszystko było wcześniej, więc kiedy już przyjechaliśmy do naszych słowackich gospodarzy na kilka dni, byłam uzbrojona w wiedzę teoretyczną bardziej, że ja słowackiego nic a nic, a mój tata może gadać godzinami. Więc przez te 72 godziny na obcej ziemi mogłam weryfikować swoją wiedzę. Wnioski spłynęły na mnie dopiero później.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.
Okazało się, że moi rodzice nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu, ja z kolei uśmiechałam się nieśmiało i wołałam o pomoc za każdym razem, kiedy ktoś mnie o coś pytał (przy zwykłych zdaniach oznajmujących udawałam, że oczywiście wszystko rozumiem i zgadzam się w stu procentach). Nie mówię, że była to taka przepaść językowa jak z Węgrami, ale jednak.
Na początku myślałam, że to mi brakuje błyskotliwości i dlatego nie rozszyfrowuję tak szybko słowackich słów, ale nie dostrzegam u siebie takiej tępoty na innych polach, więc chyba wykluczone. Na pewno wykluczone, bo nasunął mi się inny, lepszy wniosek. Między mną a moimi rodzicami jest 30 lat różnicy. W tym czasie język polski ewoluował i to moim laickim zdaniem dość potężnie.Krótko mówiąc: rodzice mówią polszczyzną poprawną i raczej czystą, lepiej też orientują się w gwarach wiejskich, ja z kolei mam język przybrudzony przez slang, jakieś śmieci językowe i zdominowany przez angielski. Nawet jeśli nie angielski w czystej postaci, to taki dostosowany do naszych potrzeb. Dlatego ja nie rozumiałam prawie nic, a za to moi rodzice dogadywali się świetnie. I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, z czego mój ojciec nabijał się bez skrupułów - ja wolałam z nowymi znajomymi rozmawiać po angielsku, wtedy byliśmy na równym poziomie i wbrew temu, co myślał mój tata, rozumieliśmy się lepiej.
Czy to wpływ globalizmu, że tak bliskie sobie kulturowo i językowo narody stały się sobie obce? Chyba źle postawiłam pytanie. To, że młodzi Słowacy będą z młodymi Polakami rozmawiać po angielsku, nie znaczy, że są sobie bardziej obcy niż ich rodzice czy dziadkowie. To po prostu znaczy, że znaleźli dla siebie nową platformę komunikacji, na której jest też miejsce dla Hiszpana czy Francuza. O ile zawsze będą pamiętać, skąd pochodzą.
środa, 17 lipca 2013
Tylko wielkie przeboje
Radio ZET - "tylko wielkie przeboje" to od 1995 r. (czyli w sumie prawie od zawsze, ale jak ładnie się popisać znajomością dat) slogan tej rozgłośni i słyszałam go już tyle razy, że aż się zdziwiłam, kiedy dzisiaj wieczorem zasiadłam do filmu polecanego właśnie przez tę stację i usłyszałam te trzy słowa w zupełnie nowym kontekście. Tylko wielkie przeboje, znaczy że żadnych innych nie ma. Przecież to wszystko tłumaczy! Wszystkie te Tiny Turner, Whitney Houston, Celin Diony, Eltony Johny itd. itd. Bo co może się równać z "I will always love you"? Jaki hit jest tego kalibru, że absolutnie każde pokolenie go pamięta? To, że młodzież zna go na pamięć tylko dlatego, że Zetka katuje go nieustannie od 18 lat, to przecież tylko drobny szczegół.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do Whitney Houston ani do klasyków z Radia Zet, ale! Idąc dalej tym tokiem myślenia - tylko wielkie przeboje, tylko gwiazdy naprawdę błyszczące pełnym blaskiem na firmamencie sław mają w teorii dostęp do ramówki warszawskiej radiostacji, to ja się pytam, jakim cudem wdzierają się tam takie pyłki jak jakaś Sylwia Grzeszczak (numer drugi na ich liście przebojów, a nigdy nie słyszałam panienki śpiewającej) albo inni, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak mało ważni są. Apeluję do Państwa Ważnych w redakcji! Odrobinę konsekwencji! Jak reklamować się wielkimi przebojami, to niech to będą wielkie przeboje i zapewniam państwa, że jest ich większa garstka niż to, czym zamęczają mnie państwo odkąd pamiętam (no dobra, teraz to już radia słucham rzadko i trochę wzruszająco się robi, jak odkrywam, że nic się nie zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Ale nie w tym rzecz! Tu idzie o większe cele!). A najlepiej to zmieńcie sobie slogan i będzie z bani, syfu będzie mogło lecieć co niemiara i nikt się nie przyczepi.
Ps. Klasyk Whitney, o którym pisałam jest na 68 miejscu światowej listy piosenek wszech czasów magazynu Bilboard, ciekawe gdzie plasuje się jakikolwiek to jest, największy przebój Sylwii Grzeszczak?
Pps. Ostatnio dopada mnie smutna myśl (raz na jakiś czas każdemu się niestety zdarza), że wszystko co mówię/piszę jest bardzo wtórne i nic nie wnosi do świata. Bardzo za to przepraszam.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do Whitney Houston ani do klasyków z Radia Zet, ale! Idąc dalej tym tokiem myślenia - tylko wielkie przeboje, tylko gwiazdy naprawdę błyszczące pełnym blaskiem na firmamencie sław mają w teorii dostęp do ramówki warszawskiej radiostacji, to ja się pytam, jakim cudem wdzierają się tam takie pyłki jak jakaś Sylwia Grzeszczak (numer drugi na ich liście przebojów, a nigdy nie słyszałam panienki śpiewającej) albo inni, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak mało ważni są. Apeluję do Państwa Ważnych w redakcji! Odrobinę konsekwencji! Jak reklamować się wielkimi przebojami, to niech to będą wielkie przeboje i zapewniam państwa, że jest ich większa garstka niż to, czym zamęczają mnie państwo odkąd pamiętam (no dobra, teraz to już radia słucham rzadko i trochę wzruszająco się robi, jak odkrywam, że nic się nie zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Ale nie w tym rzecz! Tu idzie o większe cele!). A najlepiej to zmieńcie sobie slogan i będzie z bani, syfu będzie mogło lecieć co niemiara i nikt się nie przyczepi.
Ps. Klasyk Whitney, o którym pisałam jest na 68 miejscu światowej listy piosenek wszech czasów magazynu Bilboard, ciekawe gdzie plasuje się jakikolwiek to jest, największy przebój Sylwii Grzeszczak?
Pps. Ostatnio dopada mnie smutna myśl (raz na jakiś czas każdemu się niestety zdarza), że wszystko co mówię/piszę jest bardzo wtórne i nic nie wnosi do świata. Bardzo za to przepraszam.
środa, 10 lipca 2013
Ludzie Gołębiami Są
Spotkała mnie niedawno najdziwniejsza rzecz. Z wrodzonego roztrzepania zapomniałam zamknąć okno przed wyjazdem na weekend i po powrocie przywitał mnie gołąb, który wleciał przez to okno. A właściwie nie przywitał, tylko rzucił się na mnie i zafundował podwójny zawał plus spory kłopot z uratowaniem go. Mimo otwarcia wszystkich trzech okien na oścież i sugerowania mu drogi nieporadnym machaniem rękoma tudzież miotłą, gołąb wybierał jak najdurniejsze miejsca ucieczki. Wlatywał na ściany, obijał się o drzwi, chował pod łóżkiem (to akurat moja wina, uciekał tak przed miotłą), próbował wszystkiego, tylko nie właściwej drogi. I jak tak biegałam za nim po pokoju, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są na świecie ludzie-gołębie. Tacy, którzy nigdy nie dostrzegą pomocnej dłoni, tylko atak; którzy nie potrafią znaleźć dobrych rozwiązań, ale zawsze odbijają się od ścian; tacy, którzy uparcie powtarzają te same błędy, licząc chyba na to, że jakimś cudem w końcu się uda. Ciekawe tylko, czy wśród gołębi też panuje taka różnorodność charakterów i może trafiłam po prostu na wyjątkowo głupi okaz.
Ps. Gołębia w końcu zagoniłam do kąta, złapałam w ręce (?) i sama wypuściłam przez okno.
Ps. Gołębia w końcu zagoniłam do kąta, złapałam w ręce (?) i sama wypuściłam przez okno.
wtorek, 4 czerwca 2013
O nakrętkach
Albo inny przykład. Na jednym z wydziałów UMK (budynek ma 3 dość niskie piętra) jest winda. Kiedyś w ogóle z niej nie korzystałam, bo po co, skoro mam nogi, ale ostatnio zaczęłam ją wykorzystywać, gdy się bardzo śpieszę. Co jest kompletnie bez sensu, bo ona jedzie dłużej niż człowiek idący po schodach. I znów się niecierpliwię - że muszę na nią zbyt długo czekać, że drzwi za wolno się otwierają i zamykają, że zbyt wolno jedzie. Wystarczyłoby pójść schodami i wszystko to mnie omija. Ale zakodowało się już chyba w kulturze, że winda jest uskutecznieniem, przyspieszeniem transportu. I niezależnie od tego, czy w tym przypadku faktycznie jest - ja mam takie poczucie i tylko irytuję się, gdy wszystko trwa zbyt długo.
A w końcu pomyślałam: odkręcenie tej buteleczki zajmuje mi pewnie ze 2 sekundy. 2 sekundy. I to jest dla mnie za dużo. Czy naprawdę aż tak mi się gdzieś spieszy, że 2 sekundy to kwestia być albo nie być?
Winda może i jedzie dłużej, ale czasami jest wygodniejsza. Może lepiej w ten sposób ją postrzegać? Nie muszę wchodzić na 3 piętro, kiedy naprawdę nie mam na to siły albo zwyczajnie mi się nie chce. Po co patrzyć na to, jak na oszczędność czasu i się okłamywać, skoro można stanąć w prawdzie i przyznać, że to po prostu wygodniejsza opcja dotarcia do celu?
Ale tak nie można. Bo chwila nas tyranizuje, że tak sparafrazuję Eriksena*. Każdy ułamek sekundy (już nawet nie sekunda, ale jej ułamek) jest ważny i musi być maksymalnie wykorzystany. Czasem wprawdzie świat nas oszukuje i stawia przed nami rekwizyty współczesnego, szybkiego świata (jak winda), które niekoniecznie spełniają swoje zadanie, ale przynajmniej dają nam poczucie, że jesteśmy we właściwym miejscu i robimy wszystko dobrze: niecierpliwimy się na zbyt wolną windę, ale to przecież tylko część całości - bo ona i tak kojarzy się z szybkością.
Co innego nieporęczne nakrętki. Należałoby zgłosić komuś ważnemu w Ziaji, że konieczne są udoskonalenia.
* Thomas Holland Eriksen "Tyrania Chwili"
sobota, 25 maja 2013
Gatsby.
Pierwszy raz od stu lat byłam w kinie. Oglądałam "Wielkiego Gatsbiego" - czekałam nawet na ten film dość długo. Recenzje czytałam różne, ale szłam z nastawieniem, że powinno być super, więc wszystko wskazywało na to, że nie będzie. A jednak nie. Film mi się podobał, kicz też. Ale nie o tym.
Generalnie zawsze darzyłam sentymentem lata 20. i gdybym mogła się cofać w czasie, tak jak Gil Pender w "O północy w Paryżu", to bym chciała. I nie wiem, czy to siła mojego zauroczenia, czy filmu, ale "Wielki Gatsby" pozwolił mi przychylniejszym okiem spojrzeć na muzykę popularną gorszego sortu i jej odbiorców. Bo ścieżką dźwiękową do filmu zajmował się Jay-Z z żoną. I chociaż do Jaya nic nie mam, to do jego wyborów muzycznych, jeśli chodzi o ekranizację, byłam sceptycznie nastawiona. I faktycznie, możemy usłyszeć Fergie, Lanę del Rey, Sie. Ale oglądając ten film, nie mogłam się oprzeć wnioskowi, że gdyby ci ludzie żyli dzisiaj, pewnie właśnie tego by słuchali. Muzyka idealnie komponowała się z obrazem, chociaż była współczesna do granic możliwości. Na początku nie wiedziałam, czy odrobinę mniej lubię przez to lata 20., czy trochę bardziej polubiłam pierwsze 20 lat naszego wieku. Teraz myślę, że chyba to drugie.
I jeszcze dwie piosenki, które przykuły moją uwagę.
Lany Del Rey nie znoszę. Za to, co sobą reprezentuje, czyli pokolenie młodych, zainteresowanych tylko swoim wyglądem i pozorami inteligencji albo głębi. Ale ta piosenka mi się podoba. A tekst jest moim zdaniem znaczący. "I've seen the world, done it all" to trochę nieskromne stwierdzenie jak na 27latkę. Ale nawet nie w tym rzecz. Chodzi o refren: "Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?". Bo co jest warte miłości, poza młodością?
A ten kawałek po prostu mnie zniszczył. Kwintesencja współczesności. Esencja.
A na marginesie, Carrey Mulligan nie powinna grać Daisy. Za miłą ma twarz.
sobota, 20 kwietnia 2013
Relatywizm – pogląd filozoficzny, wedle którego prawdziwość wypowiedzi można oceniać wyłącznie w kontekście systemu, w którym są one wypowiadane. Tym samym relatywizm stwierdza, że nie istnieją zdania niosące absolutną treść, których ocena byłaby identyczna i niezależna od jej kontekstu. Prawdziwość dowolnego sądu zależy od przyjętych założeń, poglądów czy podstaw kulturowych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
Źródło: Wikipedia
Dzisiaj ludzie nie rozumieją tego terminu. A mimo to wywiera on ogromny wpływ na społeczeństwo. Każda dyskusja zamyka się, kiedy ktoś powie "To jest twoja prawda, moja jest inna". I część młodych ludzi, bo o nich mi chodzi, uważa to za największe osiągnięcie współczesności.
Ale jest też druga część (a może tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami?), która desperacko szuka wartości, podstaw, które nie będą się chwiać, autorytetów, które nie zawiodą i nie zostawią nas na pastwę losu. Młodość jest trudna. Jesteś niedoświadczony, a masz podejmować najważniejsze życiowe decyzje - gdzie pójść na studia, co studiować, jaki kierunek obrać w życiu. Myślę, że do tego trzeba pomocy. Jest tyle rzeczy, które trzeba rozgryźć, znaleźć odpowiedź na tyle pytań. I nikt nie chce ci pomóc. Możesz przecież robić co chcesz, wszystko jedno, twój wybór. Gorzej, jeśli ktoś chce postępować właściwie. Bo nikt nie powie ci, co jest właściwe. Wszystko jest! To zależy jak na to spojrzysz. Nie ma jednej odpowiedzi. Czyli tak naprawdę nie ma żadnej.
Widzę dookoła siebie ludzi, którzy kompletnie się gubią i szukają po omacku sensu. Sama do nich należę. Czy zawsze tak było, czy dopiero kiedy odebrano wszystkiemu wartość i wszystkiemu sens, mówiąc, że wszystko ma wartość i sens?
Było kiedyś takie słowo jak mentor. Ktoś, czyj autorytet i wiedza wzbudza niezaprzeczalny respekt. Dzisiaj takich mentorów tworzy się na siłę, np. na moich studiach. Można sobie wybrać, kto ma cię kierować przez te kilka lat twojej edukacji. Niektórzy traktują to jako głupią konieczność, inni - całkiem poważnie. Szkoda, że ci mentorzy należą do tych pierwszych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)